Prawnik na imprezie rodzinnej

Prawnik na imprezie rodzinnej

Maj, sezon odwiedzin na komuniach – i wkrótce weselach. Mam już przed oczami to nowoczesne zdjęcie z drona pełne elementów na niegdyś czerwonej, a dziś wyblakle różowej kostce bauma. Parasole z logo piwa „Żywiec”, umieszczony na „zaparkuj w cieniu” pojazd typu „nowszy żuk” obok Passata na TDI, tuje i pseudodrewniane dachy – niech Polak czuje, że od święta opuścił wielką płytę. Ale przypatrzmy się ludziom.

Chodzi głównie o tych z gości, którzy znają słowa prodiż i samowar. I walczą z nadciśnieniem i cukrzycą nie odmawiając sobie oczywiście wódeczki i goloneczki, bo nie dla nich hebany i raybany. Jak choćby zaokrąglony i rumiany Zbyszek ze Żwirexu, którego łokieć koszuli z krótkim rękawem przyrósł do kraciastej serwety – i odrywa się tylko by wznieść kolejny toast o rybkach ciurlalalala. A próbująca go powstrzymac żonka Helenka kończy w otoczeniu śpiewnych komplementów i romantycznych podszczypywań.

Jej próby są nieskuteczne zresztą z innych jeszcze powodów – choćby konieczności pilnowania dzieci wkładających dłonie w mieszankę wody i rdzy z fontanny kiedyś dającej miejscu prestiż, a dziś bakterie. Nie jest łatwo szarpać za „swetr” robiąc w rytm Sławomira niekontrolowany moonwalk na obcasach grubości włosa, gdy nie ma klimy, a jest klimat. Pozostaje westchnąć, że kto by pomyślał, żeby to tak kiedyś było, takie czasy, tak że tego. Najważniejsze, żeby zdrowie było – i tu otwieramy festiwal narzekań na kolejki do lekarzy.

Przoduje w nich wuj Mirosław, który wyjątkowo kamizelkę bomber i kuboty zamienił na letni czarny garnitur i kapcie, a VIPy na Kasztelan. Nie zmienił za to Fajrantów smolących mu nadal żółty wąs, którego otłuszczenie jest jedynym mogącym przebić otłuszczenie podbródków. Trudno się dziwić, widząc chowane do lidlowej siatki mielone ze stołu – Mirek to król robienia interesów, najsprytniejszy w całej wsi. I to właśnie on zada obecnemu na spotkaniu prawnikowi nieuniknione pytanie:
-Słuchejno, jest grunt do odrolnienia…

szok