Jeśli nie aplikacja, to co? – mówi Anna-Maria Wiśniewska

Jeśli nie aplikacja, to co? – mówi Anna-Maria Wiśniewska

Październik to czas, gdy kolejne pokolenie studentów wchodzi w mury uczelni prawniczych i wkrótce zdziwi się, że rynek wcale ich nie wyczekuje. Oraz czas, gdy niektórzy ich koledzy z tytułem magistra dowiedzieli się, że nie zdali egzaminu wstępnego na aplikację. Na aplikacji świat się nie kończy. Dlatego w tej serii wywiadów pomówiłem z kilkoma osobami, które pomimo studiów prawniczych spełniają się bez tytułu mecenasa.

Na pierwszy ogień – Anna-Maria Wiśniewska! 🙂

Czy miałaś podczas studiów pomysł na to co będziesz robić po ich ukończeniu? Jeśli tak to jaki i czy się zrealizował?

Na początku studiów naprawdę chciałam zostać prawnikiem. Pamiętam, że wygrałam indeks na administrację dzienną, poszłam więc na nią i jednocześnie rozpoczęłam prawo zaocznie, by po roku przenieść się na dzienne i z administracji zrezygnować całkowicie. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że prawo będzie tym, czym z pasją będę się zajmować. Z czasem jednak sporo się zmieniło – pod wpływem moich obserwacji, a także rozmów ze znajomymi prawnikami, także z rodziny, stwierdziłam, że droga prawna nie do końca jest moją drogą.

Zaczęłam więc szukać własnej. Od 14 roku życia związana byłam ze sprzedażą i obsługą klienta – rozwijałam zespół w Avon. Dlatego postanowiłam kontynuować ten rodzaj działalności, ale w innej firmie, która dodatkowo dawała spore możliwości rozwoju osobistego. Wiem dziś, że nie wszystkie moje działania były dobrymi krokami, ale ostatecznie wyszły na plus – bo to, czego się nauczyłam, wykorzystuję do dzisiaj we własnej firmie.

Szczerze mówiąc nie miałam wtedy klarownej wizji tego, co chcę robić w życiu – wiedziałam jedynie, że nie chcę być w zawodzie, nie chcę też pozostać w handlu (traktowałam to jako szkołę), a także, że nie chcę mieć szefa – nie mogłabym komuś podlegać.Dopiero gdzieś na trzecim roku zaczęłam zauważać, że – w przeciwieństwie do innych osób – świetnie orientuję się w opcjach serwisu Facebook. Zdarzało się, że znajomi pisali do mnie z pytaniem typu “Ania, a co mam zrobić, aby moi rodzice nie widzieli moich postów na fejsie?”, a ja doszłam do wniosku, że skoro pomagam im w takich sprawach, to zapewne mogę pomagać na szerszą skalę i… brać za to pieniądze. I tak zaczęła się moja przygoda z marketingiem w social mediach, która trwa do dziś.

Oczywiście, teraz moja działalność wygląda zupełnie inaczej, niż na początku. Zaczynałam od prowadzenie fanpage’ów, a teraz nie zajmuję się tym w ogóle. Moja firma ewoluowała w kierunku m.in. budowania Strategii komunikacji, budowania profesjonalnych profili na LinkedIn, doradztwa i szkoleń dla firm i korporacji z social sellingu. Mam zespół, napisałam książkę o budowaniu wizerunku, jestem wykładowcą na WSB. Dlatego uważam, że jeśli się ma inną wizję niż “jedyna taka”, którą my sami lub inni nam przyporządkowują z uwagi na kierunek studiów, na jaki poszliśmy, warto podążać za głosem serca i działać, póki nie jest za późno. Oczywiście, przekwalifikować się można zawsze, ale wiadomo – im później, tym trudniej.

Dlaczego nie poszłaś na aplikację?

Jest kilka powodów: Pierwszy – nie podobał mi się system nauczania prawa. Na przykład, taki absurd – podczas 5 lat spędzonych na tych studiach, na uczelnianej sali sądowej byłam dwa razy – raz, bo odgrywaliśmy scenkę rozprawy, a drugi – podczas jakiegoś konkursu, bo wszystkie inne były zajęte 😉 A na prawdziwej sali sądowej – ani razu… I gdzie tu praktyka? Tak, wiem, dla chcącego nic trudnego, może pójść sam. Ale mimo wszystko uważam, że nie tak to powinno wyglądać.

Drugi – Na palcach jednej ręki mogę policzyć wykładowców, którzy wiedzą przekazywali z pasją. Wiem, że to nie wyjątek i w sumie wszędzie tak jest, ale skoro pytasz o powody, to to po prostu nie pomogło 😉

Trzeci  – nie w moim stylu było zakuwanie przepisów. Moja kreatywość i energia wtedy cierpiały… Rekompensowałam sobie to treningami tańca i udziałem w chórze UG, potem PG, ale jak pomyślałam, że miałabym te przepisy wertować do końca życia, robiło mi się słabo.

No i finalnie… czwarty powód był taki, że w pewnym momencie trafiłam na 3-miesięczny staż w kancelarii. Wspominam go bardzo średnio – po prostu się tam męczyłam. To był też jedyny raz, gdzie miałam szefa w takim klasycznym ujęciu. I ostatni 😉

Jaka była reakcja Twojego otoczenia na tę decyzję?

Mieszana. Rodzice – wiadomo, bali się o mnie. Przecież prawo, przynajmniej te 10 lat temu (wciąż nie wierzę, że minęło już tyle czasu), wydawało się takim pewnym, dobrze płatnym zawodem. Poza tym – co ja mogłabym robić w zamian?

Znajomi? No cóż, wiem, że spora część osób podśmiewywała się z mojej działalności handlowej, ale obchodziło mnie to tyle co zeszłoroczny śnieg 😉 Wiedziałam, że jeśli będę szła po swoje, to część osób to obśmieje, część zhejtuje, część będzie się pukać w czoło, a tylko nieliczni powiedzą “Go for it, girl!”

No i teraz pojawia się to, co możesz przeczytać w każdej motywującej historii walki o marzenia, ale widocznie coś w tym jest 😉 Otóż po czasie znajomi zaczęli, sami z siebie, pisać do mnie wiadomości z gratulacjami. Albo prywatne albo gdzieś w komentarzach na social mediach. Że są pod wrażeniem tego, co robię, skali, mojej wiedzy. Nie ukrywam – to bardzo miłe. Ale też pokazuje, że było warto być odważnym, było warto zacisnąć zęby, było warto iść pod prąd. Dla własnej satysfakcji i radości z robienie tego, co się kocha 🙂

Czym zajmujesz się teraz?

Chyba już dość obszernie o tym napisałam. Ale tak systematyzując mogę powiedzieć, że zajmuję się budowaniem wizerunku marek osobistych i firmowych w social media. Prócz świadczenia standardowych usług z tym związanych, moja działalność to trochę taka ewangelizacja, nauczanie o świadomości swojej obecności w Internecie. Nie jestem fanką żadnych skrajności – ani aby stosować nadmierny ekshibicjonizm ani aby przesadnie uważać na dosłownie każde wypowiedziane słowo – namawiam raczej do złotego środka.Prócz tego współpracuję na stałe z kilkoma specjalistami, którzy uzupełniają moją działalność. Dlatego jesteśmy w stanie projektować marki od zera, włączając w to identyfikację wizualną, stronę www, wykonanie sesji zdjęciowej, filmików promocyjnych, czy nawet dobór odpowiedniej garderoby. Ale na samym szczycie tego, a raczej na początku, jest człowiek i jego “po co?”, jego wartości, których ustalenie ma wpływ na wszystkie późniejsze kroki. Nie zaczynam działań bez pracy nad tym, co jest dla mojego klienta najważniejsze.

Dzięki!


Anna-Maria Wiśniewska – Autorka książki „Twój wizerunek w social media. Workbook&Terminarz”. Wykładowca na Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku. Od ponad 5 lat pracuje z markami osobistymi i firmowymi doradzając i budując Strategie wizerunkowe.  Prowadziła szkolenia dla m.in. Banku Santander, Allcon Budownictwo, Uniwersytetu Gdańskiego, ASBiRO, Rotary czy wielu agencji nieruchomości. Współprowadziła audycję Wakacyjne social media w Radio Gdańsk. Była mentorką w kilku projektach, w tym – międzynarodowych. Jest pomysłodawczynią akcji #WiecejDziewczyn, która wspiera kobiety w ich publicznej aktywności. Można ją znaleźć na www.annamariawisniewska.pl.

Dzięki, że mnie odwiedziłeś 🙂

Uwaga, dobra sztuka (za darmo!) – wpis Marysi Mazurkiewicz

„Myślenie pytaniami” — wrażenia z lektury

Poznaj mnie

KONTAKT