Dziś chcę Ci krótko o czymś opowiedzieć – mamy stulecie prawa autorskiego! Dokładnie na 29 marca 1926 roku jest datowana pierwsza polska ustawa o prawie autorskim – i wiesz co? Choć minął wiek, to nieraz wciąż kręcimy się wokół tych samych tematów. 

AI, streaming? To powtórka z rozrywki 

No bo widzisz – dzisiaj wszyscy ekscytujemy się tym, czy sztuczna inteligencja nas zastąpi i jak to się do „własności” jej efektów. Albo dlaczego platformy streamingowe płacą artystom tak mało. Te spory o algorytmy to powtórka tego, co działo się sto lat temu.  

Dzisiaj wielkie platformy cyfrowe stawiają opór przed płaceniem wydawcom – Unia zmusza je przepisami. To powtórka choćby pierwszych prób ZAiKS-u w przedwojennej Polsce wpłynięcia na ustawy, by autorzy muzyki nie pozostawali niewynagradzani.  

A użytkownicy Internetu myślą, że jak coś jest w sieci, to musi być za darmo – z tym takie osoby jak ja próbują edukacyjnie walczyć od lat. Przecież to dokładnie ten sam błąd, który popełniali właściciele przedwojennych kawiarni!  

Dla nich prawo autorskie to była jakaś abstrakcja, która tylko psuje zabawę. Gdy czytałem (zaraz powiem, gdzie) ich komentarze w rodzaju „przecież zapłaciłem za nuty” albo „przecież płacę muzykowi, to dlaczego kompozytorowi – niech się w ogóle cieszy, że o nim wspomniałem i będzie miał więcej zamówień”… 

…od razu kojarzyły mi się z dzisiejszymi: „Wrzuciłeś na Facebooka? Już jest wspólne!” albo „podpisałem autora, nie muszę mu płacić – robię mu przecież reklamę”. Jak to mówimy na Kaszubach – never ending stoooooryyyyy.  

Dzisiejsze social media i kopiowanie plików to w zasadzie to samo, co tłoczenie płyt gramofonowych w latach 30. – mechanizm zarabiania na cudzej pracy jest ten sam, niezależnie od tego, czy używamy światłowodu, czy igły gramofonowej. I jak widać – choć technologia się różni, ludzie i ich opór są jak ci sprzed wieku.  

Jan Brzechwa – czyli poeta, który wiedział, co jest grane 

Musisz wiedzieć, że jednym z bohaterów tamtych czasów był Jan Brzechwa, który w sądzie występował jako mecenas Jan Lesman. To też książka o nim trochę natchnęła mnie do tego wpisu – i w niej widziałem wypisane powyżej protesty szefów kawiarni.  

No i widzisz, gdyby żył dzisiaj, pewnie byłby pierwszym, który walczyłby o prawa twórców w starciu z AI czy socialami. Już wtedy analizował takie rzeczy jak: 

  • prawo artysty do kasy z odsprzedaży dzieł (tzw. droit de suite), o co do dziś niektórzy muszą walczyć przed sądami, 
  • ochronę wizerunku (bronił nawet Józefa Piłsudskiego!), 
  • nową wtedy technologię, czyli fakt dodania dźwięku i muzyki w filmie – tak, tak, wtedy były takie innowacje 😉. Ale znów – problemy prawne były całkiem podobne jak nowości obecne, typu AI. 

Początki prawa autorskiego 

Żeby mieć obraz całości: w 1926 roku Polska była prawnym chaosem – po zaborach mieliśmy miks przepisów pruskich, rosyjskich i austriackich. Trzeba było to szybko posklejać, żeby kultura mogła się rozwijać. Twórcy ustawy musieli nieźle się nagłowić, żeby prawo nadążyło za ówczesnymi „cudami techniki”, takimi jak: 

  1. gramofony (wprowadzono wtedy obowiązek datowania płyt) 
  1. radio (wymyślili licencje przymusowe dla dobra publicznego) 
  1. kino (uznano produkcję filmową za coś, co zasługuje na ochronę). 

Ludzie wtedy, zupełnie jak dzisiaj, strasznie narzekali! Przykładowo nazywali organizacje takie jak ZAiKS „pasożytami” i uważali prawo autorskie za niepotrzebny haracz. Brzmi znajomo, co? 

Co za sto lat? 

To jest intrygujące – stara ustawa z 1926 roku miała taką definicję chronionego nią utworu, że mogłaby nawet lepiej chronić nas przed AI od dzisiejszej. Kładła nacisk na „działalność duchową” człowieka i kto wie, takie sformułowanie mogłoby rozstrzygnąć część wątpliwości. Zresztą może to dobry moment by przypomnieć – pisałem o tym zanim na AI zaczęli znać się niby wszyscy.

Zobacz, prawo autorskie zawsze wydaje się być krok za technologią – tak przynajmniej wielu osobom wypada mówić. A ostatecznie zawsze ją dogania – czy to w czasach kina dźwiękowego, czy w dobie sztucznej inteligencji. My prawnicy zawsze sobie poradzimy 😉. W ostateczności znajdzie się jakiś ogólny przepis do „podpięcia”.  

Pytanie tylko, czy za kolejne sto lat, w świecie automatów, pojęcie „autora” w ogóle będzie jeszcze istnieć? Przekonamy się. Albo i nie. 

A póki co – cieszmy się, bo stulecie to naprawdę wielka chwila dla wszystkich twórców!  

Sprawdź więcej wpisów związanych z AI, Prawo autorskie