Jeśli nie aplikacja, to co? – mówi Monika Wycykał

Jeśli nie aplikacja, to co? – mówi Monika Wycykał

Pierwsza część cyklu spotkała się z przyjemnym odzewem, więc ruszamy dalej. Dziś o swojej drodze opowie Monika Wycykał 🙂

Jeśli nie znasz serii – wystartowałem tu na blogu z cyklem wpisów będących rozmowami z osobami, które pomimo studiowania prawa nie poszły w mecenasy. I im z tym dobrze! Liczę, że taka wiedza przyda się szukającym swojej drogi – zwłaszcza świeżo upieczonym studentom czy tym, którzy nie poszli na aplikację. A zatem lecimy z zadawaniem pytań Monice 🙂

Czy miałaś podczas studiów pomysł na to, co będziesz robić po ich skończeniu?

Zacznijmy od tego, że na studiach prawniczych nie miałam pomysłu, co ja w ogóle na tych studiach robię, ponieważ od zarania moich dziejów czułam się przede wszystkim kandydatką na filolożkę, a nie prawniczkę (stąd najpierw zaczęłam polonistykę, a dopiero później na prawo — po 2 roku polonistyki). Marzyłam o interpretowaniu poezji i pisaniu arcydzieł literatury, dzięki którym to ja odbierałabym wczoraj Nike, a nie Mariusz Szczygieł. 😊

Niestety, z racji tego, że wywodzę się z czarnych, śląskich nizin w najgorszym tego słowa znaczeniu, gdzie za jedyne godne zawody, które umożliwiają awans społeczny, uważa się zawód prawnika, lekarza i księdza, moje plany filologiczne zawsze były traktowane w kategoriach samodegradacji i odbierania sobie szansy na lepsze jutro (pominę ironię polegającą na tym, że byłam pierwszym pokoleniem idącym na studia wyższe). Co ważne, to nie jest doświadczenie wyłącznie moje — to jest doświadczenie wielu osób, które dorastają w zdegenerowanych rodzinach, wśród biedy i przemocy, w oparach alkoholu… i albo słyszą, albo same wierzą, że istnieją zawody, które pozwolą im się wyrwać z tego środowiska. Zapomnieć o wstydzie i o tym, że w dzieciństwie wyciągnęło się najgorszy los na loterii.

Pewnie ktoś mi zarzuci opowiadanie ckliwych historyjek rodem z oper mydlanych. Trudno. Mam bardzo głębokie przekonanie, że wśród czytających te słowa znajdzie się co najmniej kilka osób, które rozumieją, o czym mówię — i poczują, że to brzemię, które niosą, nie jest tylko ich brzemieniem.

Wracając: z pewnych powodów nie mogłam zostać księdzem, a ciało ludzkie mnie obrzydza do nieprzytomności, więc dla świętego spokoju zaczęłam prawo — żeby udowodnić otoczeniu, że ja się kompletnie do tego nie nadaję… i najdalej po 2 semestrze wykopią mnie z hukiem.

Gdy zanosiłam indeks do dziekanatu po gładkim zaliczeniu 9 semestrów prawa, stwierdziłam, że chyba nie pozostaje nic innego, jak doszusować do obrony magisterskiej.

Jaki był to pomysł na „po studiach” i czy udało Ci się go zrealizować?

Kiedy już się pogodziłam wewnętrznie ze studiowaniem prawa, miałam sporo pomysłów, co ewentualnie mogłabym robić po studiach. Najbardziej pociągało mnie zostanie prokuratorką (a właściwie to nie prokuratorką, tylko karzącym mieczem sprawiedliwości — bo przecież jest tyle zła we wszechświecie, z którym trzeba walczyć!).

Po 3 roku prawa wylądowałam jednak w jednej z katowickich kancelarii radcowskich, gdzie zobaczyłam coś, czego w żaden sposób nie da się dostrzec na studiach prawniczych, wśród tego całego przytłaczania „prestiżem studiów”, odmóżdżających testów oraz tłuczonych na blachę przepisów, które zmieniają się z prędkością światła — zobaczyłam piękno zawodu prawniczego.

Wtedy okazało się, że interpretowanie rzeczywistości pod kątem prawnym jest równie pasjonujące, co interpretowanie literatury…. tylko jeszcze fajniejsze, bo dzięki temu rzeczywistość można faktycznie kształtować. I zmieniać cudze losy. Stwierdziłam, że może wbrew początkowej niechęci, w dużej części podyktowanej sposobem prowadzenia studiów prawniczych, warto poświęcić się prawu — a w szczególności roztrząsaniu problemów prawnych, które przecież bardzo często stanowią wyrafinowane zagadki intelektualne. Nieważne, w jakiej formie się poświęcić, ważne, żeby móc bezustannie i w sposób niezakłócony oddawać się temu nieskończonemu zachwytowi nad materią prawa.

Czym zajmujesz się teraz?

Aktualnie zajmuję się tym, co chciałam, tj. codziennym zachwytem nad prawem 😉 Jeżeli jednak chodzi o ramy organizacyjne dla tego zachwytu, od 3 lat prowadzę własną działalność gospodarczą z zakresu doradztwa prawnego, od dłuższego czasu w ścisłej współpracy z inną prawniczką, Anią Żmijewską (aktualnie przechodzimy na działalność w formie spółki z o.o. i jesteśmy w trakcie budowania struktur).

Zajmujemy się doradztwem prawnym głównie na rzecz przedsiębiorców — obsługujemy podmioty różnego szczebla, najczęściej z branż, o których się mówi. że napędzają „gospodarkę cyfrową” i wyprzedzają świat (lub tak sądzą). Robimy to samo, co inni prawnicy, czyli tworzymy umowy, regulaminy i polityki, roztrząsamy problemy prawne i wyrażamy opinie, a także próbujemy godzić biznes z prawem. Z uwagi na sprofilowanie naszej działalności i dziedziny prawa, którymi się zajmujemy (prawo umów, prawo danych osobowych, prawo własności intelektualnej etc.), mamy całkiem sporo wyzwań intelektualnych i niezależnie od tego, jak pomagamy przedsiębiorcom, praca jest więcej pasją niż sposobem zarobkowania… aczkolwiek zarobek też daje, rzecz jasna.

Od pół roku prowadzę również fanpage „Z prawniczego na ludzkie”, gdzie mogę wyżywać się również pod względem prawniczoliterackim, dzieląc się z Czytelnikami i Czytelniczkami swoim postrzeganiem świata paragrafów. I muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych przygód, jakie mnie spotkały, ponieważ po pierwsze, mogę sobie na nowo przypominać przyjemność, jaką daje mi przelewanie myśli na cyfrowych papier, po drugie, mogę odczarowywać ludziom sferę prawną, która jest postrzegana jako obrzydliwie nudna, po trzecie, mam wielką nadzieję, że może w jakiś tam sposób przyczyniam się do krzewienia świadomości prawnej w społeczeństwie — nawet jeżeli jest to wpływ śladowy (ale czy rasowej pozytywistce z licencjatem z „Nad Niemnem” i magisterium z nowel prawniczych Konopnickiej może chodzić o ilość i efekt…? 😉 ).

Dlaczego nie poszłaś na aplikację?

Nie policzę, ile razy już odpowiadałam na to pytanie. Tutaj wrócę do kwestii poruszonych na początku: zawód prawnika, jak mało który, jest obciążony stereotypami prestiżu, godności, zamożności etc. — i w związku z tym wielu osobom wydaje się, że tylko pójście stereotypową drogą i wybranie stereotypowego losu pozwoli wykonywać zawód w sposób „prestiżowy” oraz „godny” (przekonanie to pokutuje zwłaszcza wśród starszych prawników, którzy kształcili się w kompletnie innych realiach społecznych i gospodarczych).

Nie zgadzam się z tym absolutnie. KAŻDY zawód trzeba wykonywać najlepiej, jak się umie, odpowiedzialnie, sumiennie i rzetelnie — niezależnie od tego, czy się kopie doły czy zajmuje kwestiami prawnymi. Można być fatalnym adwokatem lub radcą prawnym po aplikacji, tak samo jak można być znakomitym doradcą prawnym bez aplikacji. Trzymam się tego poglądu praktycznie od zawsze i nie potrzebuję nad sobą korporacyjnego bata, by przykładać się do tego, co robię. A wszyscy doskonale wiemy, że w zestawie wyświechtanych frazesów „w obronie aplikacji” korporacyjny bat zajmuje ważne miejsce.

Kiedy parę lat temu zastanawiałam się nad dalszą ścieżką kariery, dość naturalnie doszłam do wniosku, że zaciągnięcie się w korporacyjne szeregi nie jest dla mnie.

Po pierwsze, z całego serca nie znoszę sądów i jakichkolwiek procesów sądowych, ponieważ spory powinno załatwiać się w sposób cywilizowany, polubownie, zaś angażowanie sądu w swoje sprawy to powinna być wyłącznie smutna i ostateczna konieczność — w Polsce natomiast jest dokładnie na odwrót. W związku z tym nie przemawia do mnie wizja zyskania pełnych uprawnień tylko po to, by móc zyskać prawo występowania przed sądami w charakterze profesjonalnej pełnomocniczki (a tak naprawdę jest to jedyny „przywilej”, który dawałaby mi korporacja w odniesieniu do sytuacji zawodowej, w jakiej aktualnie się znajduję — poza przywilejem włóczenia się po sądach dostrzegam głównie ograniczenia).

Po drugie, przy mojej osobowości, żywym temperamencie i niewyparzonym języku albo ja bym się udusiła w korporacji w tempie olimpijskim, albo to korporacja ekspresowo oszalałaby ze mną i rada, nierada musiałaby się mnie pozbyć jako osoby, która mimo swojego nikczemnego wzrostu rzuca długi cień na wizerunek adwokata lub radcy prawnego.

Po trzecie, zajmowanie się prawem poza korporacją daje WOLNOŚĆ — a tak naprawdę jest to największa wartość, na jakiej zależy mi w życiu. Nie jestem związana sztywnym zbiorem zasad, które w wielu punktach są po prostu anachroniczne, jak np. utrzymywanie zakazu reklamy w formie niekiedy posuniętej do absurdu w dobie cyfrowej (młodzi prawnicy umierają z głodu, nie mogąc utrzymać się na powierzchni, ale zakażmy im nawet zapłacenia Googlowi za pojawienie się w wynikach wyszukiwania, bo czemu nie?). Mogę korzystać w pełnym zakresie z wolności wypowiedzi w internecie, nie zastanawiając się gorączkowo, czy na pewno komuś nie podpadnę, bo nie pasuję do jego wyśnionych wyobrażeń, jak POWINNAM się zachowywać. Nikt nie terroryzuje mnie wizją składania skarg na mnie rzecznikowi, bo zrobiłam A, B lub C.

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko pewnym ograniczeniom i nie miałabym nic przeciwko, aby poddać się pewnym restrykcjom… sensownym restrykcjom. Od dawna jestem zwolenniczką pomysłu, aby uregulować zawód doradcy prawnego — byłoby pożądane, aby usług prawniczych nie mogli świadczyć ludzie bez jakiegokolwiek przygotowania merytorycznego w postaci studiów prawniczych (jakiekolwiek by one nie były), a jednocześnie aby ci, którzy podobnie jak ja nie chcą ganiać po sądach, mogli zajmować się tym, co najbardziej lubią, czyli np. obsługą biznesów oraz tłuczeniem umów i regulaminów.

Jaka była reakcja Twojego otoczenia na decyzję o rezygnacji z aplikacji?

Reakcje były dokładnie takich, jakich można się spodziewać — usłyszałam mnóstwo negatywnych komentarzy na ten temat, a nawet dowiedziałam się, że bez aplikacji zawsze będę „pół-mecenasem i pół-produktem, którego nikt nie kupi”. Tak, jakby aplikacja miała w magiczny sposób zmieniać kiepskich kandydatów na prawników w wybitne osobowości co najmniej na miarę międzywojennej Komisji Kodyfikacyjnej… wbrew temu, co się faktycznie dzieje i jak aplikację postrzegają sami zainteresowani (ja mogę być uznaną za stronniczą w tym względzie, dlatego polecam serdecznie zapoznać się chociażby z badaniami przeprowadzonymi w Centrum Edukacji Prawniczej i Teorii Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego i artykułem M. Stambulskiego i W. Zomerskiego Nużący rytuał. Aplikacja adwokacka i radcowska w Polsce).

Negatywne komentarze są formułowane przede wszystkim przez innych prawników, a nie przykładowo klientów — klienci idą do tego, kto się zna na swojej robocie i kto kompetentnie zajmie się ich problemem, a nie do tego, kto chyłkiem przemknął przez aplikację, byle uzyskać tytuł. Jeżeli jednak chodzi o negatywny odbiór osób bez aplikacji, które mimo to zajmują się prawem, warto podkreślić, że tutaj również wiele się zmienia: zarówno w mediach społecznościowych, jak i „w realu” poznałam wielu profesjonalnych pełnomocników, którzy nie mają żadnego problemu z zaakceptowaniem mojej drogi życiowej. Co więcej, z niektórymi radcami prawnymi i adwokatami współpracujemy na co dzień przy różnych projektach dla klientów — i ta kooperacja układa się znakomicie.

Mam szczerą nadzieję, że poglądy na temat sposobu wykonywania zawodów prawniczych będą ewoluować w dobrą stronę, ponieważ rozpaczliwe trzymanie się z góry upatrzonych pozycji oraz powtarzanie zaklęć z dalekiej przeszłości nie zmieni niczyjej sytuacji. A jak wszyscy doskonale wiemy, naprawdę jest co zmieniać! Co roku mury uczelni opuszczają tabuny absolwentów prawa, którzy pięć lat wcześniej myśleli, że wygrali życie, a tymczasem zaraz za progiem wydziału dostają kijem po nerkach — bo okazuje się, że nikt ich nie chce i nikt na nich nie czeka.

To wszystko jednak są tematy na nową rozmowę.

Dzięki!

Dzięki, że mnie odwiedziłeś 🙂

Ikony popkultury a prawo własności intelektualnej

Domena publiczna – ile lat ma Disney na ochronę Myszki Miki?

Poznaj mnie

KONTAKT